Bezdomni też mają marzenia

Nie możemy im pomóc, ale możemy zaoferować rozmowę. Najważniejsze dla nich jest to, że ktoś chce ich wysłuchać. A do powiedzenia mają sporo.

Jakiś czas temu oglądałem film „Miasto 44”. Dobrze zapamiętałem scenę, w której główna bohaterka czyta dzieciom bajkę. Dzisiaj pan Zbyszek opowiadając o obchodach rocznicy Czerwca 1956 przypomniał mi ten moment filmu. Powiedział, że wystawiona została pantomima, w której główny przekaz brzmiał: można człowiekowi odebrać godność, wolność, ale nie można zabrać mu marzeń.

Bohaterka filmu opowiadała podobnie. W rolę ciemiężców oczywiście wcielali się okupanci. Mimo że są to kompletnie dwa różne światy, to niejako znalazłem w nich analogię. Bezdomni, w swojej rzeczywistości, też stracili prawie wszystko. Prawie, bo nadal mają marzenia.

Nieproszony gość

Pan Zbyszek próbuje od kilku tygodni znaleźć pracę. Nawet mu się udało, ale wtedy odezwała się kontuzja dłoni. Rok temu lekarze chcieli amputować kończynę, bo nie mieli pewności, czy uda im się oczyścić zainfekowane żyły. Przez długi czas wszystko z ręką pana Zbyszka było dobrze. Problem pojawił się w ubiegłym tygodniu.

W pracy pan Zbyszek przenosił ciężary. Na drugi dzień obudził się bez czucia w dłoni. Nie ma nad nią kontroli, jedynie drugą dłonią mógł ją wyginać, by pokazać nam jej niedowład. Próbowaliśmy namówić go na wizytę lekarską, jednak ciągle nas zbywał mówiąc, że bez ubezpieczenia żaden lekarz go nie przyjmie.

Z każdym dniem ból staję się coraz bardziej uporczywy, co doprowadziło do tego, że udało nam się pana Zbyszka namówić na wizytę u lekarza. Bez sprawnych obu kończyn nie jest w stanie znaleźć jakiejkolwiek pracy. A jej znalezienie jest właśnie tym marzeniem, którego nikt nie powinien mu zabrać. Nawet kontuzja.

Koło fortuny

Nieco gorzej jest z panem Markiem, który coraz częściej sięga po alkohol. W latach 90. był na misji wojskowej podczas wojny na Bałkanach. Jak sam mówi, zabijał tam ludzi. Powrót do Polski i do rzeczywistości, w której nie ma żadnego konfliktu wojennego był dla niego zbyt trudny. Zaczął pić, co spowodowało, że stracił wszystko i wylądował na ulicy.

Od pewnego czasu przestał o siebie dbać. Teraz to głównie pan Zbyszek potrafi namówić go, żeby się ogolił i zadbał o higienę. W przeszłości pan Marek był kolarzem Polonii Piła. Utrzymuje też, że startował w Wyścigu Pokoju, który w czasach socjalizmu w Polsce miał ogromny prestiż.

Akurat historia pana Marka wywarła na mnie największe wrażenie. Jeśli wierzyć jego opowieści, to praktycznie spróbował w swoim życiu wszystkiego. Ścigał się z legendami polskiego kolarstwa: Szozdą i Szurkowskim, a dzisiaj mieszka na ławce w parku.

Często się mówi, żeby nie śmiać się z ludzi bezdomnych, ubogich i niepełnosprawnych, bo nie wiadomo, czy kiedyś nie podzieli się tego samego losu. Jest w tym sporo prawdy, nasi znajomi są najlepszym tego przykładem, że można mieć wszystko i w jednej chwili to stracić.

Przystanąć, wysłuchać, zaprzyjaźnić się

Już przez długi czas nie spotkaliśmy Piotra i Roberta. Być może wyjechali z Poznania. Mieli plan podróży nad morze, by tam znaleźć dorywczą pracę. Kiedy ostatni raz ich widzieliśmy, leżeli pijani na ławce w parku. Interweniująca straż miejsca kopnięciem próbowała ich obudzić.

Nie mamy z nimi już żadnej styczności. Oczywiście nie chodzi o statystyki i prześciganie się, która grupa odwiedza więcej znajomych. Głównym celem jest przystanąć przy tej osobie, wysłuchać ją i zaprzyjaźnić się z nią. Najistotniejszym jest ten drugi element.

Osoby bezdomne chcą być wysłuchane. Nawet jeśli zapowiadają podjęcie próby samobójczej, to jedyne co możemy wtedy zrobić, to tę osobę wysłuchać. Tylko i aż. Ciężko jednak być obojętnym na takie słowa, więc w podświadomości ciągle się myśli, czy ta osoba nadal będzie siedzieć na ławce w parku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

twenty + fourteen =

Close