Gdy nic nie jest pewne

Bezdomność to w głównej mierze niepewność. Ludzie, których spotykamy na ulicy nie mają pojęcia, co czeka ich w najbliższych dniach, nie snują planów. Mają jednak nadzieję, że tak jak w jednej chwili wszystko stracili, tak w kolejnej los się do nich uśmiechnie i staną na nogi.

Pojawili się w parku w czerwcu. Początkowo zastanawialiśmy się, czy w ogóle są osobami bezdomnymi, bo byli zadbani i schludnie ubrani. Zdecydowaliśmy się do nich podejść, gdy dostrzegliśmy dwie torby turystyczne i gazetę, na której leżało plastikowe opakowanie śledzi. Pani Teresa właśnie rozdzielała posiłek, który udało się zdobyć jej kompanowi – panu Zdzisławowi.

Trzeba czekać

– Tak, aktualnie jesteśmy osobami bezdomnymi – rozpoczęła kobieta. Dotychczas pracowali na stacji kolejowej w Mosinie; sprzątali tam toalety. W związku z rozpoczętym remontem infrastruktury, para czasowo została bez pracy i bez mieszkania. – Mieliśmy tam swoje pomieszczenie, w którym mogliśmy spać i mieliśmy możliwość umycia – dodawał pan Zdzisław.

Nie wiadomo, czy po zakończeniu renowacji para znowu otrzyma zatrudnienie i dach nad głową. – Powiedzieli, że się do nas odezwą, więc musimy czekać – opowiadała pani Teresa dwa miesiące temu. Od tego czasu spotykaliśmy się z nimi regularnie. Za każdym razem powtarzali, że nadal nic nie wiadomo i muszą uzbroić się w cierpliwość.

W międzyczasie pojawiły się problemy ze zdrowiem pana Zdzisława. – Muszę jeździć na Krańcową do lekarki, bo mam coś z nogą; dostaję maści i lekarstwa, może to pomoże – mówił mężczyzna. Widać było, że para dobrze się odnajduje w nowej sytuacji. – Jeździmy się kąpać, zmieniamy regularnie ubrania – dodawała pani Teresa. Wtedy spotkaliśmy ich po raz ostatni, od tego czasu minęło już parę tygodni.

Ławka jest moim domem

W ubiegły czwartek, gdy opuszczaliśmy jedną z uliczek prowadzących na poznański Stary Rynek, spostrzegliśmy mężczyznę przebierającego w koszu na śmieci. Podeszliśmy do niego i podaliśmy mu rękę. – Mam na imię Jacek – przedstawił się. Spotkaliśmy go w dość krępującej sytuacji – miał prawo poczuć się zawstydzony, mimo to uśmiechał się życzliwie; ten uśmiech był obecny na jego twarzy podczas całej naszej rozmowy. Okazało się, że trzy tygodnie temu wrócił do Polski z Londynu. – Pracowałem w fabryce chipsów – opowiadał.

– Zarabiałem tygodniowo 500 funtów, z czego 120 musiałem oddawać na mieszkanie – relacjonował. Mężczyzna mieszkał na Wimbledonie; było tam sporo Polaków, więc nie miał najmniejszych problemów z językiem. Już przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii był bezdomny. – Wróciłem do Poznania i od tego czasu moim domem jest ławka w parku.

Żegnając się z Jackiem, powiedzieliśmy mu, że można nas spotkać co tydzień. – Wiem, byłem nawet na takiej wigilii, którą jacyś ludzie pomagający bezdomnym zrobili, gdzieś na Ratajach chyba – odpowiedział. Okazało się, że mówi o spotkaniu wigilijnym, które w ubiegłym roku przygotowaliśmy wraz z naszymi bezdomnymi znajomymi.

Brak stabilizacji

Obie historie łączy wspólny mianownik – tymczasowość. Poznaliśmy kilka osób, którym udało się wyrwać z bezdomności; znalazły pracę i dach nad głową. Ludzie ci często podkreślali, że zdają sobie sprawę z przejściowości trudnej sytuacji. Podobnie można powiedzieć o parze z Mosiny, która w jednej chwili wszystko straciła, ale nie traci wiary, że los się jeszcze do niej uśmiechnie.

Nie znamy dalszej części tej historii. W parku nie ma śladu po pani Teresie i panu Zdzisławie, nikt też nie jest w stanie powiedzieć nam, co się z nimi stało. Mamy nadzieję, że ich historia potoczy się dobrze i że odzyskają utracone zajęcie. Powrót do pracy do Mosiny może być dla nich stabilizacją; tego właśnie najbardziej brakuje osobom znajdującym się na ulicy.

* imiona zostały zmienione

fot. flickr/walkbosss

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

8 + 9 =

Close