Kluczem jest nieocenianie

Bezdomni to ludzie z bogatą historią; często tragiczną. Nie chcemy ich z niej rozliczać, ale wysłuchać. Chodzi o to, byśmy nie próbowali być sędziami w cudzej sprawie. Tylko w taki sposób jesteśmy w stanie zbudować prawdziwą więź.

Pierwszy raz od kilku miesięcy wybrałem się na dworzec. Spotykamy się tam z bezdomnymi od samego początku. Przez to miejsce przewinęło się ich wielu, dlatego teraz umiałem rozpoznać tylko niektóre twarze. Podszedł do mnie Robert, którego poznałem, gdy jeszcze wałęsał się po centrum miasta. – Mam prośbę. Załatwisz mi jakiś telefon? Najlepiej taki normalny, bo z dotykowego nie umiałbym korzystać.

Wspólne życie

– Okradziono mnie. Nawet nie wiem, kiedy i w jaki sposób – dodał. Nie widzieliśmy się od dawna, więc byłem ciekawy, co się u niego zmieniło. Był opatulony kurtką, na głowie miał grubą wełnianą czapkę, na stopach sportowe obuwie, które nie pasowało do warunków atmosferycznych. – Nawet nie stać mnie na żyletki, stąd ta broda. Idzie zima, to chociaż cieplej będę miał – mówił z uśmiechem.

Robert jeszcze niedawno sypiał pod Rondem Kaponiera. – Spaliśmy tam jakiś czas, tam na dole, było ciepło; nikt nas nie wyrzucał – opowiadał. Teraz wraz ze znajomymi zamieszkują barak przy Grunwaldzkiej. – Mieszkamy w siódemkę. Odwiedza nas policja; pytają się, czy czegoś nam nie potrzeba.

– Nie mamy prądu, ale chociaż jest ciepło, bo są podwójne okna – kontynuował Robert. Zrzucili się na radio, dzięki któremu mają dostęp do informacji ze świata. – Kupujemy bateryjki; zawsze 4, żeby były na zaś – dodawał. Mieli również wspólny telefon – ten, który został ukradziony Robertowi.

Ręka by mi uschła

Telefon znacznie ułatwiał im życie. – Mogłem zadzwonić do córki. Oprócz tego dobrze jest go mieć na wszelki wypadek, by wezwać pomoc – tłumaczył Robert. Nigdy nie opowiadał nam o swoich dzieciach. Dowiedzieliśmy się, że ma nie tylko córkę, ale też syna. – Mieszka we Włoszech. Córka w Mielcu, ostatnio miała ślub. Dowiedziałem się po fakcie.

– Pojechałbym do domu, ale Kolej nie jest chętna na sprzedaż biletu kredytowego, bo w dowodzie mam wpisane, że mieszkam w Poznaniu – kontynuował. Robert szuka pracy, jednak nikt nie chce go przyjąć. – Pytają się, gdzie mieszkam. Słyszą, że bezdomny i dziękują.

– Nie umiem żebrać. Czasami podchodzi ktoś i daje 5, 10 złotych, ale nie starcza to na długo – dopowiadał. Żeby oświetlić wnętrze swojego baraku, mieszkańcy używają świeczek. – Brakuje nam pieniędzy na nie, ale co zrobić? Wziąć z cmentarza? Ręka by mi wtedy uschła – zarzekał się Robert. Mimo trudnej sytuacji bił od niego optymizm. – Nie ma co narzekać; dobrze jest, jak jest.

Relacje oparte na zaufaniu 

Roberta poznałem podczas pierwszego wyjścia do bezdomnych. Nie wiedzieliśmy wtedy, gdzie powinniśmy iść. Postanowiliśmy rozejść się w różnych kierunkach. Jeden z nich wiódł do Roberta i Piotra. Mężczyźni przez długi czas byli nierozłączni. Dzisiaj nie wiadomo, co się stało z Piotrem. Najprawdopodobniej został w Toruniu, dokąd pijani pojechali kilka miesięcy po naszym pierwszym spotkaniu.

Nasza relacja miała wzloty i upadki. Zdarzało się, że Robert i Piotr nas irytowali; czasami nie mówili prawdy. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak ważne jest nieocenianie ich postępowania. Tylko tam, gdzie nie ma oceniania, można stworzyć relacje oparte na zaufaniu. Z czasem przekonaliśmy się, jak istotne jest takie postępowanie.

Żeby zdobyć zaufanie ludzi bezdomnych, nie wystarczy tylko ich nakarmić. Są oni narażeni na społeczne potępienie, dlatego ważne są dla nich relacje, w których nikt nie próbuje być sędzią w ich sprawie. Tylko wtedy, gdy przestaniemy ich oceniać, a zaczniemy słuchać, jesteśmy w stanie zbudować prawdziwe więzi.

fot. flickr/WildwiseStudio 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

17 − eleven =

Close