Krzywdząca litość

Bezdomni nie potrzebują naszej litości; nie chcą też, byśmy im współczuli. Tak naprawdę otwierają się przed nami właśnie dlatego, że unikamy takich postaw. Dzięki temu nie czują się od nas gorsi.

Po raz pierwszy od kilku miesięcy wybrałem się na dworzec. Długo się tam nie pojawiałem, więc początkowo czułem się zagubiony. Nie widziałem żadnej znanej mi twarzy. Dopiero po chwili spostrzegłem odizolowaną od reszty grupy panią Anetę. Kobieta siedziała samotnie na betonowym murku tępo patrząc w styropianowy kubek z napojem.

Wszystko się układa

Pani Aneta wraz z mężem, Krzysztofem, borykają się od dawna z brakiem mieszkania. Pomieszkiwali przez chwilę u koleżanki, ale musieli się wynieść. Następnie wynajmowali lokal, który niedługo później został im wypowiedziany. – Teraz mamy pokój u naszej znajomej, póki co wszystko się układa – mówiła kobieta. Para zgłosiła się po mieszkanie socjalne. – Dali nam taki termin, że szkoda gadać.

Do rozmowy włączył się pan Krzysztof, który nadal pracuje jako brukarz; układa chodniki w jednej z podpoznańskich wsi. – Praca ciągle ta sama, dostałem nawet umowę o pracę, więc wszystko jest super – opowiadał mężczyzna. Niedługo rozpocznie się zima, spytaliśmy go więc, czy nie boi się, że wówczas nie będzie miał zleceń. – Spokojnie, mam zapewnione postojowe, więc nawet wtedy będę dostawać pieniądze.

Chwilę później do pani Anety i pana Krzysztofa podeszło dwóch mężczyzn. – Przywitajcie się z państwem, a nie plecami do nich się ustawiacie – zrugała kolegów kobieta. Jeden z nich, Grzegorz, nie mógł uwierzyć w to, co widzi. – Jak Aneta opowiadała, że takie coś jest na dworcu, to jej nigdy nie wierzyłem, teraz widzę, że to prawda – wyznał.

Wszystko systematycznie tracił

Grzegorz na dworcu pojawił się po raz pierwszy; głównie za namową pani Anety i pana Krzysztofa. – Nie jestem bezdomny, jestem po prostu ubogi – opowiadał o sobie mężczyzna. Przez ponad dwanaście lat pracował jako konserwator obrazów w Muzeum Narodowym w Poznaniu. – Niestety w wieku 32 lat nie wytrzymał mi kręgosłup i wylądowałem na rencie – opowiadał.

– Prosiłem lekarkę, by dała mi tą zdolność do wykonywania zawodu, bo renta w tamtym wieku była wyrokiem – kontynuował mężczyzna. W jednej chwili jego życie się rozsypało. Utrata pracy spowodowała, że Grzegorz popadł w alkoholizm. – Zacząłem pić, później wszystko systematycznie traciłem, nawet nie mam płatu jednego płuca; nie powinienem palić – opowiadał zaciągając się papierosem.

– Naprawdę dobrze zarabiałem i często pomagałem tym, którzy mieli gorzej ode mnie; to serio wraca – mówił Grzegorz. Był pod wrażeniem tego, co robimy. – A może ja po prostu śnię i żadni ludzie tutaj nie pomagają bezdomnym? – zastanawiał się mężczyzna. To była dobra rozmowa; pełna optymizmu. – Trzeba sobie radzić, będzie dobrze, wpadnę za tydzień – dodał na zakończenie i odszedł.

Ubogich nie stać na pesymizm

Pesymizm jest postawą, na którą pozwolić sobie mogą ci, którzy żyją w dobrobycie. Ludzi bezdomnych nie stać na pesymizm, zwłaszcza wobec innych. Oni nie potrzebują współczucia i naszej litości, potrzebują poczucia, że nie są w swoim cierpieniu i w swoich dramatach sami; że ktoś im towarzyszy.

Często osoby, które spotykamy po raz pierwszy, otwierają się przed nami najbardziej. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Może to kwestia właśnie tego, że nie litujemy się nad nimi, ale pozwalamy im mówić. Nie szukamy łatwych rozwiązań pełnych pustych słów; staramy się przede wszystkim towarzyszyć tym ludziom.

Wydaje się, że właśnie w towarzyszeniu jest sedno tego, co robimy. Cieszą nas komplementy, które padają z ust naszych bezdomnych znajomych, jednak nie przychodzimy do nich po pochwały, ale po to, by okazać im czułość. Taką formą czułości może być spojrzenie, które nie osądza, nie ocenia, a przełamuje bariery. Rozmowy często zaczynamy od spojrzenia, może właśnie ono jest najważniejsze – w końcu patrzymy na ludzi, których społeczeństwo stara się nie zauważać.

fot. flickr/Juan Antonio Segal

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

9 − 1 =

Close