Obawy i nadzieje

Dla większości z nas wieczór spędzony na dworcu Termini był przełomowy. To wtedy przekonaliśmy się, czym tak naprawdę jest bliskość wobec bezdomnych.

22 marca minął dokładnie rok od naszego pierwszego spotkania z bezdomnymi. Poszliśmy wtedy na dworzec kolejowy Termini w Rzymie. Dzień wcześniej, siedząc przy stole, rozmawialiśmy o tym, co chcemy zrobić. Była to niełatwa rozmowa, pełna lęków i pytań, jak to wszystko będzie wyglądać. Wszelkie wątpliwości rozwiało dopiero samo spotkanie, które utwierdziło nas w tym, że chcemy podążać właśnie tą drogą.

Postępujący proces

Przed wyjazdem do Rzymu często mijałem bezdomnych. Są oni nieodłącznym elementem krajobrazu Poznania, w którym mieszkam. Idąc jedną z głównych ulic miasta, niejednokrotnie widziałem mężczyzn śpiących na ławkach. Myślałem, że pewnie sami sobie na taki los zapracowali. Miałem ich za „żuli”. Z trudem wytrzymywałem jazdę z taką osobą w tramwaju, odliczałem przystanki do wyjścia z pojazdu i zaczerpnięcia świeżego powietrza.

Pewnego lutowego wieczoru usłyszałem: zróbmy coś dla bezdomnych. Pomysł nie od razu mi się spodobał. Dałem sobie czas, chciałem najpierw zobaczyć, jak to wszystko ma wyglądać w praktyce. W tym celu udaliśmy się najpierw do Warszawy, a potem właśnie do Wiecznego Miasta.

Nie chcę teraz napisać, że mój stosunek do ludzi bezdomnych nagle się zmienił jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Był to proces, który mimo wszystko przebiegł bardzo sprawnie.

Bliskość 

Bałem się tego pierwszego kontaktu w Rzymie. Mieliśmy podzielić się na dwie grupy idące na wspomniany już dworzec oraz na plac św. Piotra w Watykanie. Oba te miejsca łączy jedno – zawsze można tam spotkać ludzi bezdomnych. Ostatecznie zaniechaliśmy podziału i wspólnie udaliśmy się na dworzec.

Ustawaliśmy się wzdłuż murku. Każdy był odpowiedzialny za coś innego: ktoś miał podawać kakao, ktoś kawę, ktoś kanapki i ciastka. Gdy na miejscu zaczęli zbierać się bezdomni, nie rzucili się wcale na jedzenie, jak wcześniej przypuszczałem. Była to dla nich kwestia drugorzędna. Tak naprawdę przyszli zobaczyć się ze znajomymi. Wśród gwaru rozmów dało się słyszeć różne języki: włoski, angielski i polski.

To spotkanie było przełomowe. Właśnie tam przekonaliśmy się na własnej skórze, jak wiele stereotypów o bezdomnych jest fałszywych. Zobaczyliśmy, że każdy z nich ma coś wyjątkowego do przekazania: ma swoją historię, plany, marzenia oraz imię, w którym streszcza się jego godność jako konkretnej osoby.

Decyzja

Z perspektywy roku, jaki minął od tamtego momentu, myślę, że to właśnie wtedy podjęliśmy ostateczną decyzję. Kiedy wracaliśmy z dworca na miejsce noclegu, wiedzieliśmy już, że właśnie taką bliskość wobec ludzi bezdomnych chcemy realizować w Poznaniu. Nie było to łatwym zadaniem, udało nam się jednak zbudować relacje oparte na zaufaniu.

Nie robimy nic nadzwyczajnego – po prostu idziemy spotkać się z naszymi znajomymi na dworcu. Rozmawiamy, oddajemy swój czas. Tylko tyle. Te spotkania mają jednak w sobie pewną wyjątkowość. Każde z nich zostawia ślad, sprawia, że zaczyna się myśleć w inny sposób.

Nie jesteśmy sami

Osobiście zauważam, że ten rok mnie zmienił. Przekonałem się, jak mylne mogą być stereotypy i uprzedzenia. Ferowanie wyroków jest łatwe, kiedy nie ma się realnego kontaktu z osobą, którą oceniamy. Gdy w Rzymie podszedł do mnie Luigi, bezdomny Włoch, ojciec czworga dzieci, czułem, że z każdą kolejną minutą rozmowy znika bariera, którą postawiłem między nami przed spotkaniem.

Teraz, po roku, mogę stwierdzić, że w każdy czwartek upewniamy się, że warto było wybrać tę drogę. Mimo że ten rok był intensywny, nie możemy zapomnieć, że jesteśmy dopiero na jej początku. Nie wiemy, dokąd nas zaprowadzi, ale mamy pewność, że nie jesteśmy na niej sami.

fot. flickr/LucaBiada 

Spodobał Ci się wpis? Zostaw lajka! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

nineteen + 17 =

Close