Ryzyko dobra

Spotykamy się z ludźmi samotnymi i zrezygnowanymi, którzy często nie mają już ochoty walczyć o siebie i swój los. Nie przyjmują ofiarowanego im przez innych dobra. Wyciągając pomocną dłoń, podejmujemy ryzyko odrzucenia. Dzięki temu nieustannie uczymy się pokory i dostrzegania człowieka takiego, jakim jest.

– Wiecie, jak nazywa się choroba współczesności? Znieczulica – żalił się Zbigniew, którego spotkaliśmy naprzeciwko Kupca Poznańskiego. Siedział samotnie na ławce, wpatrując się w niebo i spadające krople deszczu. Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej, choć mężczyzna utrzymywał, że przesiaduje w tym miejscu codziennie.

Samotność

– Trafiłem do więzienia; kiedy z niego wyszedłem, okazało się, że nie mam do kogo ani dokąd z niego wrócić – opowiadał Zbigniew. Mieszkał w przeszłości na poznańskim Łazarzu. Gdy znalazł się w areszcie, mieszkanie utrzymywała żona. Niedługo później kobieta zmarła, w związku z czym właściciel nieruchomości znalazł na ich miejsce nowych lokatorów.

– Bezdomnym jestem od maja; udawało mi się nocować w garażu u znajomego, ale co to jest za życie – mówił. Jest kolejną osobą, która podkreślała, że największą trudnością bezdomności jest samotność. – Naprawdę jest gorsza od braku domu czy od alkoholizmu – przekonywał Zbigniew.

Opowiadał o pomocy, którą w ostatnim czasie otrzymał. Doceniał to, że nie chcieliśmy go tylko nakarmić, ale przede wszystkim wysłuchać. – Teraz wszyscy są egoistami, człowiek stał się człowiekowi wilkiem – dodawał.

Nie wcześniej niż w 2028 roku

– Wy pewnie tego nie zrozumiecie, ale komuna pod wieloma względami była lepsza – opowiadał. Za komuny władza twierdziła, że w Polsce problem bezdomności nie występuje. Był on ukrywany dlatego, że nie mógł oficjalnie występować w państwie o opiekuńczym charakterze. Dopiero w latach 80., gdy wskutek likwidowanych zakładów pracy wiele osób wylądowało na ulicy, przestał to być temat tabu.

– Państwo starało się wtedy pomagać obywatelom, a teraz: poszedłem zapisać się po mieszkanie socjalne. Powiedzieli mi, że otrzymam je nie wcześniej niż w 2028 roku – mówił Zbigniew. Gdyby nie deszcz, rozmowa trwałaby pewnie dłużej. Umówiliśmy się, że dokończymy ją w przyszły czwartek. – Idźcie, pewnie ktoś jeszcze na was czeka.

Plany i nadzieja

W parku spotkaliśmy panią Beatę. W dłoni trzymała puszkę piwa. Gdy tylko nas zauważyła, momentalnie ją schowała; najwyraźniej poczuła się zawstydzona. Nie wyglądała za dobrze, jej oczy były załzawione. Mimo tego miała dla nas dwie dobre informacje. – Marek wyszedł z aresztu i dostałam dzisiaj pracę.

Kobieta będzie pracować na jednym z poznańskich rynków; na stoisku z książkami. Wygląda na to, że powoli wszystko w ich życiu wraca do normy, bo również pan Marek ma niebawem otrzymać pracę – w roli magazyniera. – Teraz może uda nam się wynająć mieszkanie. Byle tylko przetrwać jakoś ten miesiąc, później będzie łatwiej – dodawała pani Beata.

Pan Marek zjawił się w parku nieco później. Na pierwszy rzut oka, było widać, że wyraźnie schudł. Śmierdziało od niego alkoholem. – Nie mogę jeść, bo cokolwiek zjem, to później to zwracam – tłumaczył. Mimo tego nie chce udać się do lekarza. – Nie mam zamiaru tam iść, raz byłem to dali mi przeterminowane lekarstwa, po których było mi jeszcze gorzej.

Wciąż zaczynamy od nowa

W tym wszystkim, co staramy się robić, jest pewne ryzyko. To ryzyko dawania dobra. Nie możemy wszystkiego planować czy kalkulować naszej pomocy. Gdybyśmy starali się mieć pod kontrolą, wszystko od A do Z, całkiem możliwe, że nie umielibyśmy zauważyć człowieka i jego faktycznych potrzeb.

Oczywiście nie potrafimy zrozumieć niektórych wyborów naszych znajomych, staramy się jednak je szanować. Druga osoba może nie przyjąć naszej pomocy czy po prostu nią wzgardzić, jednak nie powinno to prowadzić do tego, że w końcu przestaniemy się starać o tę osobę i jej dobro. Ciągle się tego uczymy, a każda podobna sytuacja ćwiczy naszą wytrwałość i przypomina nam, że ciągle zaczynamy od nowa.

fot. flickr/duncan c

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

ten + 6 =

Close