Spotkanie pełne wdzięczności

W wigilię Wigilii zasiedliśmy do wspólnego stołu z tymi, którzy są dla nas ważni. To spotkanie było dla nas wszystkich wyjątkowe. Było dużo wdzięczności, która płynęła z obu stron. W końcu wszyscy zostaliśmy obdarowani podczas tej wieczerzy.

W tym roku po raz pierwszy stanęliśmy przed wyzwaniem, by zorganizować wspólnie z naszymi znajomymi wigilię. Podobne odbyły się w Warszawie, Chojnie i Krakowie. Spotkanie w stolicy nazwane było „czasem cudu”. W Poznaniu również doświadczyliśmy cudu. Było to wyjątkowe doświadczenie nie tylko dla naszych bezdomnych, ale także dla nas.

Obustronna organizacja

Zostaliśmy zmuszeni, by wieczerzę zorganizować na obrzeżach Poznania. Postanowiliśmy ułatwić naszym znajomym dojazd na miejsce, więc wynajęliśmy autobus komunikacji miejskiej. Podstawiono go pod Dworzec Główny o 18:00. Byliśmy zaskoczeni punktualnością naszych bezdomnych, którzy już po 17:00 zaczęli gromadzić się w wyznaczonym miejscu. Często mówimy, że pojęcie czasu jest dla nich abstrakcyjne. Niejednokrotnie zdarzało się, że nie przychodzili w umówione miejsce. Tym bardziej zdziwiła nas ich własna organizacja w dniu wigilii.

Na Dworcu nadarzyła się pierwsza okazja do rozmów. Pojawiły się dwie osoby, z którymi utrzymywałem dość regularny kontakt przez ostatnie miesiące. Mowa o panu Marku i panu Zbyszku. Ich obecność szczególnie mnie ucieszyła, bo byli to jedyni reprezentanci grupy z centrum miasta.

Nie mieliśmy pewności, jak odnajdą się wśród pozostałych bezdomnych. Często podkreślali, że nie pojawiają się na dworcu, bo nie chcą mieć nic wspólnego z ludźmi stamtąd. Na całe szczęście okazało się, że wielu z nich, nasi panowie kojarzyli i rozpoczęli z nimi przyjacielskie pogawędki.

Chwilowy powrót

W autobusie można było usłyszeć kilka zabawnych rozmów, nie brakowało docinek. Brylował w nich pan Zbyszek, który jednemu ze swoich kolegów polecił zajęcie dwóch miejsc, by mógł się ze spokojem zmieścić. Gdy ruszyliśmy z Dworca okazało się, że nie zabraliśmy jednego mężczyzny, musieliśmy więc zawrócić. Po kilku drobnych perypetiach w końcu dojechaliśmy do miejsca docelowego.

W międzyczasie udało mi się porozmawiać z panem Zbyszkiem. Dawno go nie widziałem, więc nie miałem pojęcia, jak wygląda teraz jego życie. Okazało się, że radzi sobie bardzo dobrze. Pracuje jako dozorca. Kiedy podszedł do mnie na dworcu, zastanawiał się, czy go poznam. Mówił, że tego dnia wstał o 3:15, by posypać solą oblodzone chodniki, za które odpowiada.

Często wspomina, że dobro okazane drugiej osobie, prędzej czy później, wraca. Nie są to tylko piękne słowa rzucane przez pana Zbyszka. Mają one odzwierciedlenie w rzeczywistości: Mężczyzna zaprosił na Święta swojego kompana, pana Marka, by ten nie czuł się samotny w tym czasie.

Wieczór wzruszeń

Wigilia tradycyjnie rozpoczęła się od łamania opłatkiem. Zdumiało mnie, że sami bezdomni ochoczo rzucili się w wir składania życzeń. Było to specyficzne doświadczenie. Z jednej strony radosne, bo większość tych osób poznałem i lubię, z drugiej strony odrobinę trudne, bo tak naprawdę nie wiadomo, czego im życzyć.

Następnie zabraliśmy się za kelnerowanie. Chodziliśmy wokół stołów i dbaliśmy, by naszym gościom niczego nie zabrakło. Zadanie to udało się zrealizować z całkowitym powodzeniem – wielu z nich na papierosku mówiło o swoim przejedzeniu.

Gdy zaczęło się wspólne kolędowanie, kilku z naszych znajomych roniło łzy. Z perspektywy czasu myślę, że był to dla mnie najbardziej poruszający obrazek wigilii. Obawialiśmy się, że może nie uda nam się zapewnić świątecznej atmosfery podczas tego spotkania. Właśnie wzruszenie bezdomnych pokazało, że nasze obawy były niesłuszne.

Obustronne przygotowania

Wigilia przypomina naszym znajomym o ich rodzinach i najbliższych. Dobrze zobrazował to pan Zbyszek, który powiedział, że zadzwoni do swoich córek podczas Świąt. Nie robił tego od ponad dwóch lat, nic więc dziwnego, że mówił o pewnych obawach.

Wielu spośród naszych bezdomnych w drodze powrotnej zaczęło rozmawiać o swoich świątecznych planach. Z kilku wypowiedzi wynikało, że odwiedzą swoich najbliższych. Nie wszyscy mieli takie szczęście – nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić.

Jedna rozmowa chyba najlepiej podsumowuje naszą wigilię. Dwóch mężczyzn rozmawiało ze sobą o tym, jak bardzo zaskoczyła ich postawa niektórych bezdomnych. Nie spodziewali się, że powstrzymają się od spożywania alkoholu i że z taką kulturą zasiądą do stołu. Jak widać, nie tylko my przygotowaliśmy się do tej wigilii, ale uczynili to też nasi znajomi.

Wspólny stół

Wigilię z bezdomnymi organizowaliśmy po raz pierwszy. Baliśmy się, że, mimo przyjętego zaproszenia, wielu z nich postanowi nie przyjść. Mieliśmy przygotowane ponad 60 miejsc dla nas i dla naszych znajomych. W ostatniej chwili okazało się, że musimy znaleźć jeszcze 15, bo o tyle więcej osób zabraliśmy z dworca.

Myślę, że było to wyjątkowe spotkanie nie tylko dla naszych znajomych, ale również dla nas. Wszystko wyszło zgodnie z planem, jednak to nie organizacja była tego dnia najważniejsza. Zasiedliśmy wspólnie z naszymi bezdomnymi do stołu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej okazji. Ugościliśmy wszystkich tych, którzy od kilku miesięcy są dla nas ważni.

Właśnie na tym polegają Święta, by usiąść do stołu z tymi, którzy są obecni w naszym życiu. Bezdomni, których poznaliśmy w tym roku, mają stałe miejsce w naszych, często przepełnionych, kalendarzach. Mimo wielu obowiązków wiemy, że czwartkowy wieczór jest przeznaczony tylko dla nich.

Z wigilii zapamiętałem zwłaszcza słowa pana Zbyszka, który przy łamaniu się opłatkiem powiedział: – dobrze, że się poznaliśmy. Myślę, że ten wieczór był pełen wdzięczności. Co najważniejsze: Nie wypływała ona tylko z jednej strony, ale z obu. Wbrew pozorom my też sporo zyskujemy na tej znajomości. Tak po prostu, po ludzku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

five × five =

Close