Nie tyle brak jedzenia, co brak domu

Poznajemy ludzi z trudną, choć ciekawą, historią. Nie mają częstych okazji, by się nią dzielić. Rozmawiając z bezdomnymi, przekonujemy się, że są to osoby ze wspomnieniami i pragnieniami, ale też z potrzebą bycia zauważonym przez nieczułe społeczeństwo. 

Przechodząc obok Kupca Poznańskiego, zauważyliśmy mężczyznę. Często gdy wychodzimy na ulice, trudno jest nam ocenić, czy mijane osoby potrzebują pomocy. W tym przypadku nie mieliśmy takich wątpliwości. Mężczyzna stał przy głównym wejściu do galerii; trochę tak, jakby na kogoś czekał. Był kiepsko ubrany; z barków zwisał mu na plecy czarny plecak. Okazało się, że ma na imię Damian. Nie powiedział nam o tym sam zainteresowany, ale pani Maria, która pojawiła się znienacka.

Problemy z mieszkaniem

– To jest Damian. Mój były sąsiad; znam go od takiego małego. Teraz mu pomagam – wyjaśniała kobieta. Kojarzymy ją z dworca i chyba pierwszy raz zdarzyło się, że spotkaliśmy ją w innym miejscu Poznania. Pani Maria jest bardzo charakterystyczna: dość krągła, ma długie siwe włosy, na nosie okulary z posklejanymi oprawkami. Pamiętam jak jeszcze w zeszłym roku chodziła w czapce świętego Mikołaja. Teraz miała inne, równie ekstrawaganckie, nakrycie głowy.

Od pani Marii dowiedzieliśmy się trochę o mężczyźnie, jednak po kilku minutach zjawił się jego brat i Damian nas opuścił. Zostaliśmy sami z Panią Marią. – Wiecie, co jest najgorsze w bezdomności? Wcale nie brak jedzenia, ale brak domu – mówiła. Przez 30 lat mieszkała w mieszkaniach pracowniczych; zarabiała na życie będąc organistką. Z ostatniego lokum została wyproszona przez swoją koleżankę. – Już nie żyje, a w jej mieszkaniu są moje rzeczy; moje pianino.

– Teraz pomieszkuję u znajomego, więc nie jest tak źle – kontynuowała. Kobieta opowiadała też o innych doświadczeniach z lokatorami. W latach 90. zamieszkiwała jeden z lokali w bliźniaku. – Poszłam na ogród; gdy stamtąd wracałam, zobaczyłam, że wszystko się pali. W przypływie adrenaliny przedarłam się przez ścianę ognia, żeby ratować dom przed spaleniem.

Uratowali mi życie

– Ściany były pokryte sztuczną boazerią, więc smród był okropny i w dodatku toksyczny – dodawała. Kobieta nie myślała, jak wiele ryzykuje wracając do budynku. Jej sąsiadka akurat robiła pranie, więc na klatce ustawione były miski z wodą, dzięki którym udało się opanować żywioł. – Czułam się już podtruta, kiedy do budynku wbiegło dwóch mężczyzn. Mówili, że widzieli dym z ulicy. To oni uratowali mi życie.

Pani Maria została zabrana do szpitala, z którego po chwili się wypisała. – Musiałam zabezpieczyć mieszkanie. No i zrobić porządek. Najbardziej żal mi było książek; wszystkie się spaliły – mówiła. W późniejszym czasie właściciel mieszkania chciał oskarżyć ją o wywołanie pożaru, ale ekspertyzy strażaków wykazały, że wina leży po jego stronie.

– Nie dbał o mieszkanie. Przewody zwisały; nie były wcale zabezpieczone – tłumaczyła. Doszło do zwarcia instalacji, które spowodowało pożar. Sytuacja skończyła się szczęśliwie. Pani Maria do dzisiaj pamięta o tym dniu. – To był długi weekend; nigdy tego nie zapomnę. Jestem pewna, że wtedy ktoś mnie uratował.

Lekcja wrażliwości

– Ale w sumie powiedźcie mi, dlaczego chodzicie z tymi kanapkami? – zapytała pod koniec. Kobieta myślała, że jesteśmy streetworkerami. – Wiecie, ostatnio podeszli do mnie tacy jedni i powiedzieli, że skoro nie piję i nie palę, to nie mam żadnych potrzeb. Odpowiedziałam, że jeszcze mam żołądek – zakończyła pani Maria.

Zima to szczególnie trudny okres dla bezdomnych. Ich problemami wówczas są nie tylko niskie temperatury, brak dachu nad głową czy samotność, ale również nasza obojętność. Jako społeczeństwo staramy się ich nie zauważać. Przeszkadzają nam bezdomni w środkach komunikacji miejskiej; nie pasują do naszego świata.

Zapominamy, że osoba bezdomna jest takim samym człowiekiem jak my wszyscy. Może warto, szczególnie zimą, zainteresować się potrzebującymi w naszym otoczeniu, których jest sporo. Chcemy ich usunąć z naszego świata. Należałoby jednak zadać sobie pytanie, czy gdy usuniemy wszystkich niepasujących do naszej układanki, stać nas będzie na jakąkolwiek wrażliwość? Właśnie wrażliwości bezdomni nas – jako społeczeństwo – uczą.

* imiona zostały zmienione

fot. flickr/ Claus Tom Christensen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

eight + 12 =

Close