Wyjątkowy czas

W ostatnim czasie sporo się działo. Coraz częściej chodzę na dworzec oraz przygotowaliśmy wigilię z naszymi znajomymi. Ten intensywny czas uświadomił nam, że warto się starać, bo efekt można dostrzec gołym okiem – widząc poruszenie na twarzach samych zainteresowanych.

Przez ostatnie dni wszystkie nasze działania nakierunkowane były na wigilię, którą przygotowywaliśmy wspólnie z naszymi znajomymi. Szczególnie znaczące było właśnie to, że robiliśmy ją nie dla nich, ale z nimi. Uświadomiłem to sobie stosunkowo późno, jednak wydaje mi się, że było to istotą naszej wigilii i uczyniło ją wyjątkową.

Lekcja o zaufaniu

Ostatnio coraz częściej chodzę na dworzec. Oznacza to poznawanie nowych ludzi. Jednym z nich jest Lechu, zwany również Kocurem. Pozwolił nam wybrać, w jakiej formie będziemy się do niego zwracać. Mężczyzna od 17 lat jest bezdomnym. Zanim wylądował na ulicy, mieszkał w Jarocinie. Jak sam mówi, gdy słyszy głos zapowiadający pociąg do tej miejscowości, czuje ciarki na plecach.

Opowiadał nam o swoim małżeństwie, dzieciach i o tym, czym się kiedyś zajmował. Co ciekawe, w większości przypadków bezdomni, których poznałem obarczają winą za swoją aktualną sytuację najbliższych, pracodawców czy polityków. W zupełnej kontrze do nich stanął Lechu, który wyraźnie podkreślił, że w 80 procentach sam jest winny temu, że dzisiaj mieszka na dworcu.

Bardzo ciekawe były przemyślenia mężczyzny dotyczące jego małżeństwa. Uważa, że podstawowym budulcem tej relacji było zaufanie, szczególnie istotne z racji zawodów, które wykonywali małżonkowie. Grażyna, żona Lecha była pielęgniarką, więc rzadko bywała w domu, podobnie zresztą jak mój rozmówca. Pracował on jako kierowca, więc często wyjeżdżał w delegacje.

Opowiedział o tym, jak nałóg zrujnował jego życie. Alkohol sprawił, że rozwiódł się z żoną, a później wylądował na ulicy. Do dzisiaj utrzymuje z Grażyną i jej nowym mężem przyjacielskie relacje. Gdy tylko chce ich odwiedzić, jedzie do Jarocina, gdzie jest nadal mile widziany. Lechu ma również kontakt ze swoimi dwiema córkami.

Prosto z Litwy

Moją uwagę na dworcu przykuła pewna kobieta. Elegancko ubrana, zadbana. Ma długie blond włosy. Gdy mówi, słychać w jej głosie charakterystyczny wschodni zaśpiew. Okazało się, że przybyła do Poznania z Wilna, w którym spędziła całe dotychczasowe życie. Mowa o pani Janinie, która, jak sama mówi, przyjechała do Poznania za pracą. Pytana o to, czy jest Litwinką, odpowiada krótko: proszę mnie nie obrażać.

Uważa się za Polkę. Z ciekawości spytałem o sytuację polskiej mniejszości na Litwie. Kobieta potwierdziła to, o czym często można dowiedzieć się z prasy. Polacy coraz częściej padają ofiarami nietolerancji.

Pani Janina wspólnie z panem Antonim planowała, jak spędzić tydzień wigilijny. Sprawdzali daty oraz godziny poszczególnych spotkań opłatkowych. Mowa była o Targach, siostrach albertynkach oraz naszej wigilii. Dało się odczuć, że naprawdę na nią czekali. Myślę, że właśnie w takich chwilach nasi bezdomni utwierdzają nas w przekonaniu, że warto się dla nich starać.

Szczególne spotkanie

Ostatni czas wydał mi się bardzo intensywny. Z każdym dniem coraz bliżej było do naszej wigilii. Organizując ją po raz pierwszy, nie wiedzieliśmy, czego tak naprawdę się spodziewać. Wiedzieliśmy jedno: nasi znajomi na pewno nas zaskoczą.

Mieliśmy świadomość, że zapewnienie im prawdziwego rodzinnego klimatu spotkania wigilijnego będzie dla nas zbyt odległym celem. Chcieliśmy jednak maksymalnie zbliżyć się do niego. Dać im miejsce, w którym choć przez krótki czas nie będą musieli myśleć o głodzie i zimnie, a może nawet poczują rodzinną atmosferę. Miałem pewność, że te kilka godzin będzie dla nich szczególne. Wychodziłem z założenia, że to wigilia, którą przygotowujemy razem z nimi, więc będą tam gospodarzami tak samo jak my, będą czuli się wyjątkowi. I słusznie, bo na to zasługują.

 

fot. Javi Sánchez de la viña/ flickr.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

17 + 16 =

Close